Mój syn (5 lat, ADHD) bawił się na przyjęciu córki znajomych. Zabawa na dmuchańcu zmiksowana z chipsami, chrupkami i słodkimi napojami na całego. Słowem: przestymulowanie to kwestia czasu.
Po kilku godzinach zabawy dzieci, z żoną uznaliśmy, że 2 szklanki słodkich napoi, to aż za dużo na takiego malucha i zabroniliśmy ich picia.
To wywołało ogromny skowyt syna. Płakał, wieszał się u nogi i powtarzał w kółko “ja chcę sobie nalać picia”.
- Stasiu, wiem, słyszałem. Ale już wystarczy
- ja chcę sobie nalać piiiciaaa
- synu, nie ma już słodkich napoi. Za dużo ich wypiłeś i jesteś przebodźcowany. Napij się wody gazowanej.
- ja chcę sobie nalać słodkie picieeee
- Nie. Nie wyrażam zgody.
- JA. CHCE. SOBIE. NALAĆ. SŁODKIEEE!
I tak przez 20 minut. W kółko to samo zdanie. Totalna fiksacja. Szczególnie typowe dla dzieci z ADHD.
Dla nas to oznaczało koniec imprezy. Po drodze próbowałem zabrać skarpetki i buty syna, ale krzyczał abym mu je oddał, po czym wyrzucał.
Czy myślałem żeby je wziąć na siłę? Tak. Czy to zrobiłem? Nie – to tylko buty i skarpetki. U syna wywołałoby jeszcze większy krzyk. Zwyczajnie gra nie była warta świeczki.
Gdy doszliśmy do domu syn dalej był zafiksowany, ale gdy zobaczył, że to nie robi na mnie wrażenia, to w ruch poszły pięści.
Złapałem go za rękę i powiedziałem:
- synu, nie zgadzam się na bicie mnie
- puść mnie! – krzyknął. Puściłem. Znowu się na mnie zamachnął. Znowu złapałem mu rękę i powiedziałem:
- Staś! Nie bij mnie. Będziesz mieć zaraz karę i nie będziesz mógł jutro oglądać bajek.
- puść mnie!
- A nie będziesz mnie bił?
- puść mnie!
- Stasiu, a nie będziesz mnie bił? Nie chcę żebyś mnie bił
- puuuść mnieee! – puściłem. Staś ręce trzymał już przy sobie, ale teraz zaczął mnie kopać.
Wiedziałem, że zwyczajnie nie umie już nad sobą zapanować.
Powiedziałem, że jest mi przykro i odszedłem.
Usiadłem sobie przy stole i zacząłem robić coś w telefonie. - Tato? a chciałbyś żebym zrzucił to pudełko? co?
- Nie. Nie chciałbym.
Bum. Pudełko spadło na podłogę. - Wiesz Stasiu, że teraz to już zaczynasz się nade mną znęcać. To bardzo bardzo niefajne i jest mi bardzo przykro, że tak się zachowujesz wobec mnie.
Powiedzawszy to odszedłem i poszedłem do kuchni zrobić sobie herbatę. W tym momencie Staś zaczął ściągać magnesy z lodówki i zrzucać je na podłogę. Pierwszy magnes wylądował na podłodze, potem drugi, trzeci i tak dalej. Po chwili na podłodze magnesów było już z 15.
Wiedziałem, że moja złość nic nie poprawi. Mogę tylko odejść. Ale też nie można udawać przed synem, że rzeczy nie robią na mnie wrażenia – on chciał być zauważony w swojej złości. Poprosiłem Ewelinę aby przejęła Stasia. Ona ukucnęła przy nim i zaczęła z nim rozmawiać, a ja w tym czasie schowałem się w swoim pokoju.
Po 15 minut Staś zakradł się po cichu do mojego pokoju i położył obok mnie 2 magnesy o który wiedział, że je kiedyś długo szukałem.
To było jego “przepraszam”. Daleko od właściwego załatwienia sprawy, ale zdecydowanie był to krok w dobrym kierunku. Dowód, że wszystkie wcześniejsze decyzje były słuszne.
Dlaczego o tym piszę?
By pokazać innym rodzicom, że praca z dzieckiem ADHD jest trudna, ale możliwa do przejścia. Bo w powyższej sytuacji miałem ochotę wybuchnąć co najmniej 3 razy. Najpierw kiedy się ciągle wieszał miałem ochotę na niego wrzasnąć.
Potem kiedy nie chciał przestać mnie bić chciałem mu oddać, ale tak kilka razy mocniej – żeby sobie nie pozwalał, bo nie jestem workiem do bicia. A na końcu kiedy jego zachowanie ewidentnie podchodziło pod znęcanie się, bo chodził za mną i chciał mi sprawić przykrość – miałem wtedy ochotę zaciągnąć go siłą za rękę do pokoju, zabronić wychodzić i zamknąć drzwi. A to na pewno wywołałoby jego furię.
I piszę o tym dlatego, bo nie zrobiłem niczego z powyższych.
Bo na mnie już przy pierwszej sytuacji ojciec by tak krzyknął, że bym się bardzo przestraszył. Przy drugiej sytuacji ojciec by mi oddał tak że bym się zgiął w pół, a przy trzeciej matka zdzieliłaby mnie pasem po tyłku. I pamiętałem, że ten strach i lęk który mi wtedy wpoili wciąż siedzi mi w głowie i muszę pracować nauczyć się z nimi radzić. Bo wciąż wkurza mnie, że boję się być odważny i sięgać po swoje.
Pamiętam też, że w podobnych sytuacjach, gdy ja byłem takim Stasiem, to to czego najbardziej potrzebowałem, to okazania wsparcia, miłości i zrozumienia. Emocje tak bardzo mną władały, że miałem ochotę wysadzić świat w powietrze i gdybym umiał czarować, to spuściłbym na swoich rodziców kule ognia. W taki oto sposób dziecko nie panujące nad swoimi emocjami, chce zamanifestować siebie, swoje poczucie zranienia i znieważenia.
Mogłem na syna krzyknąć, mogłem go uderzyć, mogłem go siłą zaprowadzić do pokoju. Ale nic takiego nie zrobiłem. Czy dobrze postąpiłem? Tak. I nikt ani nic nie wmówi mi, że powinienem był zrobić inaczej, że dziecko musi mieć granice i że jestem silniejszy, więc powinienem te granice wymusić na synu. I w ogóle, to nie można dać gówniarzowi dmuchać sobie w kaszę. Bo właściwie dlaczego nie? Jak dziecko ma nauczyć się panowania nad swoimi emocjami i zachowaniem wobec cudzej krzywdy, kiedy jako rodzice nie pracujemy z nim okazując mu naszą krzywdę? Wiadomo, że najprostsze dla rodzica jest włączyć tryb bojowy, wkurzyć się, machnąć ręką i niczym Zeus z Olimpu cisnąć kilkoma gromami rozwiązująć problem raz a dobrze. Tylko, że dzieci tak nie działają. One uczą się poprzez naśladowanie, ale i potrafią już samodzielnie w pewnych sytuacjach wyciągnąć własne wnioski. Natomiast skrzywdzone przemocą – fizyczną bądź psychiczną – totalnie zatracają własne poczucie wartości i godności.